31.08
2013

Przyszłam, by sobie przypomnieć – mówi cicho, a ja czuję, że z każdym słowem odchodzi. Bez opowieści życie jest tylko bezsensowną chwilą, fleszem. Trzask i już zgasł. I nie ma już nic. Gdzie jest jej pamięć? Gdzie są jej historie? Jak mogę uratować ją od śmierci?

- Proszę sobie coś przypomnieć, ja pomogę – mówię w jakimś akcie desperacji, a moje słowa ulatują gdzieś w powietrze i pozostaje po nich tylko niesmak – Ja pani przyniosę moje opowieści, ja panią uratuję. Pani nie pamięta własnych, a ja straciłam opowieści, wraz z odchodzeniem, tych, których nie zdążyłam zapytać. Ale pozbieram je, poskładam, posklejam jak skorupki  rozbitego cacka. Jeszcze będzie pięknie.

69 lat temu Ghetto Litzmannstadt było już puste. No prawie puste.  Biegały jeszcze psy. Wychudzone, wygłodzone, samotne, ale wierne. Nie dawały się udomawiać. Zostawały po kolejnych wywózkach z getta. Zbierały jakieś resztki i wracały do wiejących pustką opuszczonych rozkradzionych mieszkań swoich państwa. Jeśli nikt wcześniej nie zwinął łóżka, to kładły się w nogach i czekały cierpliwie.

I był też 6-letni chłopiec wraz z mamą i wujkiem. Mieszkali w jednym z opuszczonych mieszkań za magiczną szafą. W nocy zbierali resztki i wracali. Magiczne drzwi otwierały się. Potężna gdańska szafa była tak ciężka, że nikt, mimo usilnych prób nie dał rady wynieść jej z tego mieszkania. Wujek i mama doskonale wiedzieli o tym, konstruując kryjówkę. Długo jej wcześniej szukali. Za szafą była wnęka metr na metr. Mieściła się do niej koza, co w zimie miało być nie bez znaczenia. Miniaturowy świat. Życie w małym pudełku. Nie wiadomo, jak długo, może już na zawsze wszystko będzie takie zminiaturyzowane? I zamiast do kramu na rogu, będzie się chodzić na łowy.

- Wujku opowiedz jak mieszkałeś za magiczną szafą?

- Za magiczną szafą? Ach za tą… – sprawiał wrażenie bardzo zdziwionego, zaskoczonego, że kogoś mogłoby to interesować. Ot taka zwykła historia z dzieciństwa…