18.06
2014

Dawno, dawno temu mieszkali tu sobie ludzie. Przyszła wojna i część z nich musiała ukryć się (w szafie, pod podłogą, pod fałszywym nazwiskiem), by przeżyć. A ci, co nie uciekli, ci, którzy nie zdążyli się schować lub po prostu nie zamierzali się w to bawić lub może mieli nadzieję, że zaraz to się skończy, że przecież nie może być tak źle – ci nie przeżyli.  A pozostali – normalnie sąsiedzi tamtych – zostali na powierzchni. Przypisani do drużyny „raz dwa trzy, szukam”. Dwa osobne światy, które wzajemnie nie mają prawa istnieć. Zostają rozdzielone, prawie całkiem. Lecz jak to bywa z granicami, gdzieniegdzie są nieszczelne. Są w nich jakieś szpary w ścianach i dziury w podłodze i pozornie fałszywa litera w zmienionym imieniu i dziwnie brzmiące dźwięki w swojskiej pieśni sąsiadów. Dla tych na zewnątrz dają się czasem słyszeć dźwięki dobiegające znikąd, jak duchy lub myszy, jak szumy wiatru. Dla tych w środku cały świat jest zbudowany z dźwięków. Pieśni sąsiadów są bardzo różne. Czasem to dziecięca, szkolna piosenka śpiewana przez chłopca, syna gospodarzy swoim żydowskim rówieśnikom. Chłopiec wraca codziennie ze szkoły i przez dziurę w podłodze dyktuje im lekcje. Będą je znali na pamięć. I gdy kiedyś wyjdą, pójdą od razu do drugiej klasy. Czasem to kołysanka słyszana z innego świata, kojąca nieosiągalną zwyczajnością. Innym razem całe sceny skrzeczące ze starego radia. I potem nagle straszny, tępy odgłos ciężkich butów szmalcownika. Albo jeszcze gorzej, dźwięki w normalnym świecie zwyczajne – odgłos silnika, szczek psa. Mrożący totalny lęk i ulga – wygrane na chwile życie, gdy dźwięk się oddala.

Kryjówka. Pieśni Naszych Sąsiadów/neTTheatre