25.04
2012

Moją świadkinią zgodziła się zostać Justyna. Ma w sobie ogromne zrozumienie i wspaniałą gotowość do współodczuwania. Potem pod koniec opowiada mi swoją, zupełnie inną herstorię. Wcześniej pojechał ze mną K. Zwykle towarzyszy mi Ania. Czasem jestem zupełnie sama. Chowanie Widoczków bez świadków traci wiele ze swej istoty, choć zyskuje szczególną intymność i daje poczucie bycia niewidzialną w wielkim mieście spieszących się ludzi. Czasem ktoś zatrzymuje się: „Tu ukrywało się 5 moich przyjaciół – Żydów. Troje z nich zginęło. Dwoje w 68 wyjechało do Szwecji. Piszemy czasem do siebie. Zapisuje Pani te historie?”

Początkowo nie zastanawiałam się nad tym, ale teraz gdy wracam do miejsc, w których wcześniej zostawiałam Widoczki, odnajduję je – niektóre nawet całe – ale już toczone rozkładem, uświadamiam sobie, że skoro zdecydowałam się na ten proces pozostawiania ich, by stały się tkanką miasta, by zespoliły się z nim i zaistniały, zamiast budowania trwałych (choćby i sztucznych pamięci) pomników, to istotą staje się właśnie bycie w procesie. Proces istnieje tylko dzięki świadectwu, wspólnocie, wspólnemu doświadczeniu, współuczestnictwu. To wspólnota ludzi – świadków, ale i relacji człowieka z przestrzenią.