09.05
2012

Jabłka leżały zawsze na dużym talerzu, na czarnym stoliku. Wiele lat potem, gdy obcy ludzie wstawili cudze meble, gdy nie było już tamtego miejsca, gdy przechodząc ulicą zadzierałam głowę do góry i spoglądałam w okna z absurdalną bajkową nadzieją, że zobaczę w nich krzątającą się Donię lub Tośka robiącego poranną gimnastykę, miałam którejś nocy sen. Unosiłam się lekko ponad bramą, ponad dachami, spłynęłam na balkon. Drzwi były zamknięte, lecz pchnęłam je i znalazłam się w środku. Panował półmrok, taki przyjemny półmrok późno letniego popołudnia w mieszkaniu o wschodnich oknach. Tosiek siedział w fotelu, tym zielonym, moim ulubionym i scyzorykiem obierał jabłka. Kręgi czerwono-żółtych skórek padały na czarny blat. Czekałam na swoją ćwiartkę. Wiedziałam, że Donia jest w kuchni i w każdej chwili może do nas dołączyć.

Dziś wróciłam na to miejsce. Już dorosła ja. Zapełniamy je swoją obecnością. Wstawiliśmy nasze meble. Tylko widok z okna na podwórko wciąż jest podobny. I głosy dzieci wołających „Baaabciu”.