21.06
2012

Wyruszyłam z moją nieodłączną łopatką. Ranki są równie interesujące, co noce, kiedy miasto nie żyje swoim zwykłym życiem, ale jest jakby zawieszone. Pory niedozwolone. Czas, kiedy ludzie zamknięci są w skorupach swoich mieszkań.

Noc, gdy wszyscy już śpią, a ja przemykam i pochłaniam miasto, które już nie jest po prostu miastem, ale staje się przestrzenią tajemniczą. Tworem – żyjącym zwierzęciem, wypuszczonym właśnie na wolność, dychającym swoimi ciemnymi zakamarkami -  piwnicami, gdzie harcują koty, zaułkami, w których kochankowie uprawiają zakazaną miłość, barami, gdzie dogorywają alkoholicy, dworcowymi toaletami, gdzie narkomani karmią swoje żyły brunatną cieczą i kościołami, gdzie prostytutki piorą pończochy w misach z wodą święconą.

Ranek, gdy wszyscy jeszcze śpią. Przemykam na Muranów przez zarzygane ulice. Niesamowita świadomość zetknięcia światów, świadomość, że w tej jednej chwili wczesnego poranka zaciera się granica dni, tak jakby noc w ogóle nie istniała. Niektórzy wracają do domów po całonocnych balangach, inni – pracusie, podążają właśnie do pracy – wstali, dla nich dzień się zaczął i nie zastanawiają się nad tym, że dla wielu jeszcze nie skończył się poprzedni, że dzień poprzedni dla tych wielu może trwać jeszcze tydzień lub dłużej, może wieczność całą. Ukradkiem wrzucam widoczek w błoto placu budowy przy Świętokrzyskiej. Jeszcze zanim ruszą maszyny. Zanim przekopią go koparki, niczym wcześniej te kości. Te tutaj gdzieś…