06.09
2012

Jej długie włosy kręciły się i opadały, falowały, rosły. I choć stawały się coraz słabsze i coraz mniej czarne, żyły.

Kłębki wełny porozrzucane w ogromnym, pustym pokoju. Nici z każdego z nich wplatają się w siebie, zaplatają niczym warkocze, wychodzą spod palców i wplatają się, wrastają w miasto. W jego podziemne kanały, w jego zasypane piwnice, w jego dawne fundamenty. Wiją się rurami – łączą ze sobą podziemnymi żyłami. Nić do ocalenia. Nić do przetrwania. Nić do nicości.

Rozrywając ziemię można niechcący trafić na jedną z tych arterii. Można ją niechcący zerwać, wypuścić z niej resztki tchnienia tamtego miasta.

Są tak splatane, tak gęste, że kręcą się dalej, wyłażą w krzaki, zakamarki, bruki.