03.01
2013

Zimowy deszcz. Zamarznięta ziemia zamienia się dość nagle w strumienie błota. Błoto zaczęło ściekać na chodniki tworząc głębokie kałuże. Brudna woda cieknie po szybach autobusu, którym jadę. Niczym zamkniętym wehikułem oddzielającym mnie od tego, co za chwilę ma się wydarzyć. Od kolejnego przekroczenia, którego mam dokonać. Przekroczenie granicy, tego co uporządkowane, bezpieczne i znane.

Rozerwać ziemię. Gołymi rękoma dotknąć mazi, brudu. Zanurzyć stopę w obrzydliwej kałuży ścieków. Nikt nie wyjdzie stąd żywy.  Jedno z opowiadań oświęcimskich Doni. W nocy w żeńskim baraku, gdy tak strasznie skręcał je głód, dziewczyny ogłosiły konkurs na najlepszy przepis kulinarny. Wygrywały potrawy najbardziej wyrafinowane, wykwintne, podawane na suto zastawione stoły pełne innych rarytasów. Najlepsze były przepisy dokładne w szczegółach. Pierwsza nagroda – przeżycie. Dziewczyny już są umówione. Jeśli przeżyją, jeśli kiedyś stąd wyjdą, to obiecują, spotkają się w jakiejś jednej kuchni i każda ugotuje dla innych potrawę według swojego przepisu. Uczta bogiń. Tylko błoto.