17.05
2012

Donia w getcie zatrudniła się jako pomoc w szpitalu. By nieść pomoc chorym. Codziennie robiła zastrzyki, które dawały im nadzieję na powrót do zdrowia. Nie zdradziła ani słowem ani gestem, że w strzykawkach jest jedynie woda. Bo nie ma już leków. Ona przecież wiedziała. Ale co z tego. Szpital musi działać dalej, musi chociaż dawać cień nadziei i chociaż namiastkę schronienia przed tym wszystkim co wokół i przed tym, co miało być nieuniknione.

Dotarłam wczoraj do Szpitala Dziecięcego Bersohnów i Baumanów. Oczywiście dziś ten szpital tak się nie nazywa. A na temat Anny Braude-Hellerowej, ostatniej naczelnej szpitala, która została do końca i zginęła wraz z chorymi dziećmi  w czasie Powstania w Getcie, można z trudem znaleźć tylko krótką notkę na pamiątkowej tablicy. Widoczek pod szpitalem zakopuję dla niej i dla pamięci kobiet, które nie mają swoich imion w nazwach instytucji – nawet tych, które tworzyły, którymi kierowały, którym oddały znaczną część swojego życia (i czasem życie).

Adina Blady-Szwajger „I więcej już nic nie pamiętam”: Przychodzę czasem na ulicę Śliską. Patrzę na bramę szpitala, zaglądam przez kraty i widzę, że nie ma już rajskich jabłoni, które tu kwitły. Ten szpital nie nosi imienia, które powinien nosić. Ale zamykam oczy i wtedy otwiera się brama – ta od Śliskiej, gdzie kiedyś rozebrało się bezdomne dziecko, i wychodzą z niej wszyscy ci, których nie ma. Na ostatnim obchodzie idzie Naczelna w białym fartuchu, za nią lekarze, pielęgniarki, salowe, a potem wychodzi administracja i dyrektor Kroszczor starannie zamyka bramę. Dola Keilson zamiotła na koniec podłogi.