06.09
2014

Dzikie dzieci. Dzieci Łodzi Fabrycznej. Dzieci Bałut. Do sklepu osiedlowego wpada mniej więcej 7-latek. – Półlitra Lodowej – mówi do sprzedawczyni. A ta, chyba tylko ze względu na moją obecność, pyta: A to dla Franka?  – No dla Franka – odpowiada dzieciak, patrząc w moją stronę. Bo jego mądra, dzika  główka wnet pojęła, skąd nagle to pytanie, skoro codziennie tu bywa po wódkę dla Franka…                   – Pozdrów mamę! – woła za nim sprzedawczyni na odchodnym. A potem obsługując mnie, unika mojego wzroku. A ja nic nie mówię. Co mam powiedzieć? Gdybym miała coś zrobić, to raczej o wiele więcej niż powiedzieć.

Zakopuję widoczek w bramie przy Pomorskiej. Trzech pijanych typków zastanawia się, czy mnie zaczepić czy zignorować. A mnie nagle dopada myśl, że może to „nasze” dzieci z Łodzi Fabrycznej. Już wyrosły i przestały być dzikie. Teraz są złe. I waham się. I odchodzę. I zostaję z tym. Z tymi dziećmi z getta, z tymi dziećmi z zakazanych podwórek. I jestem taka bezsilna ze swoim kwiatuszkiem i świecidełkiem.