09.12
2013

Budzę się i czuję go. Czuję jak rośnie. Jak wypuszcza pędy, cieniutkie i łaskoczące, i oplata moje wnętrzności. Czuję jak łaskocze. Czuję jak napiera na moje trzewia. Rośnie. Jest coraz większy. Jak potężna roślina, trujący bluszcz. Wielki guz. Wiem że już niedługo ściśnie mi klatkę piersiową i nie będę mogła złapać oddechu. Że już niedługo dojdzie do gardła. Stanie się gulą, a ja z trudem będę przełykać ślinę. Lęk, lęk, lęk.

Nie umiem go określić. Jest schowany, rośnie w ukryciu, aż rozsadzi mnie od środka. Ziarnko przenoszone przez dwa pokolenia. Stare skrzypiące szafy, oglądane od tamtej strony, głuche strzały i mózg własnego ojca na ścianach ciasnego podwórka, podróż bez nadziei powrotu we własnych i cudzych wydzielinach, w bezruchu i bezprzestrzenni. I brud. I głód. Niewyobrażalny. Odzywa się w moim ciele wywiedzionym z ciał, które miały zostać unicestwione na zawsze. Życie, ciało i to ziarnko, w nim zasiane, ta niewielka przecież cena za przetrwanie. Małe ziarnko, które nie musiało wykiełkować.