12.03
2013

W poszukiwaniu śladów, w poszukiwaniu historii. Z kłębkiem wełny z miasta do miasta, a potem w mieście, w środku  coraz bardziej poplątanymi arteriami, rurami, kanałami. Za nitką. Donikąd?  Gdzieś wstecz. Wyplatanie. Dziecko stojące przed wielką tablicą z nazwami miejscowości. Z dziecięcą ciekawością odkrywania, z podnieceniem, trochę z lękiem przed ogromem tej tablicy, trochę rozglądając się za ręką, by się w tym nie zgubić. Już prawie miałam jej ślad. Już ręką dotykałam jej pleców, już czułam jak muskam jej ramię, już widziałam odwracającą się do mnie jej twarz. Ale umknęła mi, zniknęła w tłumie. A ja zostałam na środku. Znów.

Uwielbiam dworcową kawę, choćby nie wiem jak była nijaka i bez wyrazu, jak twarze tych smutnych ludzi w dworcowych poczekalniach. I tych podążających dokądś. Zawsze ciekawi mnie dokąd. Chciałabym poznać ich historie. Jestem jak za ekranem. Patrzę, notuję. W samochodzie na nocnej autostradzie. To samo uczucie. Zamknięci w wehikule, odgrodzeni szybą od drogi i reszty podróżujących. Skąd i dokąd jadą? To jakieś dalekie, przyjemne uczucie z dzieciństwa. Zawsze trochę poza. Zawsze w podróży. Odgrodzona, ale szybą, od rzeczy, które mogę ukradkiem podglądać. Resztę dopowiadać. Resztę sobie wyobrażać. Pisać historie nieistniejące, ale prawdopodobne.