01.03
2016

To jest taka historia z „Kryjówki”, której prawie nigdy nie opowiadam, bo trudno po niej wyjść, trudno w ogóle cokolwiek ze sobą zrobić. Ale dziś jest na to najwłaściwszy moment.

Było to w miasteczku na Podlasiu, z którego pochodzi moja przyjaciółka. Rodzina S. wyszła z kryjówki, z tego dołu, w którym przetrwali w niebycie, nie-byciu, nie-mówieniu, nie-oddychaniu. „Wojna się skończyła” – usłyszeli od radzieckich żołnierzy – „możecie wyjść.” I poszli. Do swojego domu. Niewiele tam zostało, ale byli u siebie. Mówiło się o nich w M., bo chodzili i pytali o swoich krewnych. Czy przeżyli. „Nikt” – słyszeli w odpowiedzi. Ale szukali dalej. Oddział wpadł do (ich) domu nad ranem. Blumka – 2,5-letnia dziewczynka siedziała na nocniku. Puścili ogień. Pięć dorosłych ciał i to małe – Blumki – na nocniku.

Co bym zrobiła ja-matka, mając władzę, z tymi, którzy mordują dzieci na nocnikach?

To jakby ktoś pytał, dlaczego walczę z pomnikami/wiatrakami…