03.07
2012

Obudziłam się nad ranem, w tej porze niedozwolonej, kiedy nocne cienie dopiero zaczynają chować się po kątach. Za oknem było szarawo. Słońce nie wzeszło jeszcze. Musiałam tam wrócić. Łucka 12. Stary mur, antyki, śmietnik, smród zjełczałego mleka. Obok nowoczesny wieżowiec. Jeszcze za wcześnie na pracusiów. To pora na zakopanie widoczka. Widoczka – klucza, otwierającego bramy do zatłoczonych, pełnych przepychu i różnorodności ulic. Gęstych od dymu z tanich skrętów, gęstych od smrodu zjełczałego mleka, wymieszanego ze smrodem zjełczałego tłuszczu, ze szczyptą gnijącej kapusty. Targowe rejony. Czegóż tam nie ma. Ludzie ocierają się o siebie, taki tam tłok, taki gwar. Szemrane towarzystwo. Pod nogami kury. Uciekły z jakiegoś podwórka. Ostatni kawałek ziemi, ostatni ruch łopatką, przyklepanie. I cisza. I pustka. I nic. Przebiega jakiś kot. Czyli coś tu żyje. Rozpacz po stracie, ból po stracie gwaru. Wsiadam do samochodu i włączam głośno muzykę. Jadę. Wracam.