22.01
2013

 

Ranek rozpływa się powoli. Dzień wpycha się brutalnie tłumem ludzi, którymi zapełniają się ulice. Ja w bezpiecznym półmroku dna skrzypiącej szafy. Sięgam po obrazy, które istnieją we mnie, chociaż nie jestem ich świadoma, dopóki nie odkopię ich w sobie, nie wydrapię spod powierzchni, nie wygrzebię.       S z c z e l i n a ,  r a n a.  Otwarta. Rozgrzebana. Wychodzą.

Dybuk cicho: Drobna, szczupła dziewczynka, przed nią facet w czarnym uniformie z ogromnym psem szczerzącym zęby. Trzyma go na smyczy, a Dońka i inne dziewczyny wyglądające podobnie do niej, patrzą na niego. Trochę stroszy piórka. Popisuje się w tej stodole. Przystanku na trasie marszu śmierci. Dziewczyny mają patrzeć, bo on ma świetnego psa, który zaraz wykona popisowy numer. W stodole są półki. Takie na których układa się siano. Mroźna zima. Mężczyzna odpina psa i każe mu skoczyć na pierwszą półkę. Ach bardzo jest dumny ze swojego psa, który wspaniale aportuje, wypełnia rozkazy. Wydaje polecenie: skacz. Pies skoczył. Półka jest na wysokości 2 metrów, może ciut niżej. Pies prawie sięga jej przednimi łapami, ale nie zdołał wskoczyć. Mężczyzna wydaje kolejne polecenie: skacz. Pies skacze po raz drugi. Tym razem już cały łeb ma na półce, ale znów nie udaje mu się. Mężczyzna jest wyraźnie zirytowany, dziewczyny patrzą. Wydaje rozkaz po raz trzeci: skacz. Bure biedaczysko rozkrwawia sobie nos, jednak i tym razem nic z tego. I jeszcze dostał w skórę.

Tej nocy szczupła dziewczynka zagrzebała się w sianie na półce. Gdy rano w pośpiechu wszyscy szykują się do wymarszu, ona zostaje. Do pustej stodoły wchodzi mężczyzna w uniformie, węszy.  Pies zaczyna gwałtownie ujadać, rwąc się do półki. Do tej, na której schowana jest Dońka. Do tej, do której nie udało mu się wcześniej doskoczyć. Mężczyzna rozgląda się, lecz dziewczyny już pędzone na bosaka po śniegu. I tak tygodnia pewnie nie dożyją. Popisywać się nie ma przed kim. – Tak, wiem, że tym razem byś doskoczył, ale nie mamy już więcej czasu, musimy iść – zwraca się do psa i ciągnie go ujadającego ze sobą. Wszyscy się oddalają, ucichły głosy. Donia jest wolna.

Istnieją takie punkty, w których zero styka się z nieskończonością. Są takie chwile, jakby wieczne – dążące do nieskończoności, w których znalazłszy się i o których myśląc, czujemy, że nie ma nic poza, wbrew logice rządzącej naszą czasowo i przestrzennie poukładaną rzeczywistością.

Lilith głośniej: Obraz niesie w sobie moc wydobycia czegoś, co istnieje głęboko ukryte , lecz zarazem moc przywrócenia tego, co wydobyte, do mroków, z których się wyłoniło. Musiałam odejść. Kim jestem? Kim nie jestem? Co dalej?