15.09
2012

Dotykam ziemię, czuję jej konsystencję pod palcami. W różnych miejscach miasta jest inna. Pochodzi z różnych stron. Jest wielkim zbiorowym grobem. Jest wielkim inkubatorem indywidualnych znaczeń. Kryje inne historie. Na przykład tamtą o urodzinach…

Upadła i powiedziała, że już dalej nie idzie, niech ją zabiją. Ten komendant podszedł do niej i prosił „Wstań. Dasz radę. Już niedługo”. Nie zastanawiała się wtedy, dlaczego on akurat postanowił ją uratować. Wstała. Takie one właśnie były. Potem podjęły decyzję. Nie mogły być blisko siebie. Nie kontaktowały się. Każda uciekała sama na własna rękę. Razem nie miałyby szans. Ukradkowe spojrzenia, szybkie, czułe, z oddali. Bo mogły być już ostatnie. Może nie zobaczą się już nigdy więcej. Pójdą w mrok. W śnieg. W pustkę styczniowej nocy. Licząc na to, ze nikt już nie będzie miał siły, by zareagować.

Sima pierwsza trafiła do opuszczonego domu. W dzień ich urodzin czekała na Donię z przyjęciem. Spiżarnia była pełna, bo mieszkańcy też uciekali. Uciekali w popłochu przed nadchodzącą Armią Radziecką, zostawiając całe swoje dobytki. Sima zrobiła ucztę – skromną – za duża mogłaby przecież zabić. I Donia przyszła. Akurat wtedy i akurat tam.

Żyły. Prze-żyły.

 

I właściwie co z tego, że potem po powrocie do prawdziwego domu sąsiedzi przywitali je słowami „Wróciły Żydówy”. I właściwie co z tego, że potem tylko Donia tu została. I właściwie co z tego, że potem zamknęli granice i przez wiele lat się nie widziały.

Kolejna grudka. Kolejne słowo. Kolejne równe przyklepanie. Ślad.