19.04
2012

Jak mogłaby być zbudowana powieść o Mieście Warszawie? Porządnie, lecz nieskładnie poukładane wyrazy pisane wieloma różnej wielkości czcionkami. Słowa pozornie nic by nie znaczyły.  Do odkrycia ich znaczenia czytelnik potrzebowałby łopaty, a może raczej nie potrafiłby złożyć ich tak długo, dopóki nie zapuściłby pazurów. Mocnych. Twardych od brudu. I rozrywałby wyrazy palcami uzbrojonymi w te pazury, aż dotarłby do pojedynczych liter ukrytych za słowami, a litery rozdrapywałby dalej aż do świecących bielą kartek. Puste kartki niczym powietrze nad tym miastem. W ich bieli, w ich nicości, ukryte dopiero są znaki, prochy, zmielone kości, trupy, gruzy i połamane macewy. Dopiero teraz siedząc nad porwanymi stronami, rozgrzebanymi wyrazami, które jeszcze przed chwilą tak równo rząd po rzędzie zakrywały kartki, może  pomyśleć i zastanowić się , czy to jest to co właśnie chciał znaleźć. A może to tylko krople wylanej kawy na białych stronach, a może nic nie ma poza tymi pomnikami nie tam gdzie być powinny, nie te co być powinny, a raczej brakiem tych co być powinny i tam gdzie być powinny.  Jaki był sens drapać, rozkopywać te znaki sztucznie postawione? Sens?