02.03
2017

Miejsca w miastach od których się zaczyna, z których idzie się dalej. I inne, w których wszystko się zbiega. Do których nie trafia się od razu. Może dopiero nocą. Czyli jakby prawie po omacku. Choć z przewodnikiem. Zaraz po próbie Dybbuka.

11 listopada 63. Chasydzi – byli, nie ma, złoto – jest, obok, synagoga – była, nie ma, pleśń – jest, podobno w środku. I jeszcze żydowska pralnia. Pralnia Henryka Reicha. Pralnia, która w 1941 roku podpisała umowę z obozem Auschwitz. Na pranie.

Nie, nie, nie, historia Henryka Reicha nie przypomina historii Fritza Habera. Choć jakoś bezwiednie słucham jej, jak jednej z tych historii, które zupełnie inaczej znaczą czytane od końca.

W 1941 pralnia nie należała już do Henryka Reicha. Była mieniem po-żydowskim. Nie wiadomo, co się stało z Henrykiem Reichem. Wiadomo, co się stało z Fritzem Haberem. Mniej wiadomo, co się stało z żoną Fritza Habera. A raczej wiadomo, ale to nie jest warte opowiadania. Taka ot mała domowa historyjka.

Jest tu wiele innych historyjek. Na razie rozsypanych. Przypadkiem trafiam na małe kawałki i jeszcze nie wiem, jaki z nich będzie obrazek.